Radziejowa

Chyba takie krótkie, ekspresowe wypady wejdą mi w krew. Tym razem Radziejowa na szybko. We wtorek o 21.15 wyjeżdżam autobusem z Warszawy do Szczawnicy, by tam być ok. 5.30. Na miejscu krótka wizyta w otwieranym właśnie spożywczym, śniadanie przy stoliku nieczynnej o tej porze restauracji i na szlak. Do góry idę za niebieskimi znakami. Łagodnie wznosząca się, szeroka ścieżka, a w zasadzie droga. Początkowo szlak wiedzie ciekawymi zakątkami Szczawnicy, potem oczywiście wbija się w las. Na pewnym odcinku idę obejściem, bo dowiaduję się o wycince i trudnościach na szlaku. Pod samą Przehybą doganiam trójkę turystów, wcześniej nikogo. Zatem docieram do schroniska na Przehybie. Tutaj zamawiam podwójne ruskie i podwójne piwo😉 po czym kładę się na ławce, na tarasie i… zasypiam. Budzę się kilkakrotnie i widzę za każdym razem inny skład na tarasie, widać  ruch na szlaku nieco się zwiększył. Odsypiam zaległości z nocy w autobusie, w którym i tak trochę spałem, kładąc się na ostatnim rzędzie siedzeń. Co jakiś czas sprawdzam prognozę, bo zapowiadane były niewielkie, ale jednak deszcze. Widać, że pada, ale gdzieś bardziej na południu, może w Tatrach. W końcu to co najważniejsze – w nocy ma nie padać. Tuż przed wyjazdem wyciągnąłem z plecaka już spakowany namiot. Oglądając kilka dni temu w internecie zdjęcia wieży na Radziejowej, dostrzegam jej bardzo istotny element – zadaszenie. Będąc tu trzy i pól roku temu, nie zwróciłem na to uwagi. Wieża wydaje się idealna do spędzenia na niej nocy. Po co więc brać namiot? Jeszcze w schronisku poznaję Bartka, który postanawia pójść w tym samym kierunku co ja. Na Radziejowej, po krótkim pobycie, towarzysz rusza dalej, przed nim jeszcze prawdopodobnie nie najkrótsza droga. Ja oczywiście zostaję. Martwi mnie kiepska widoczność. Co więcej – oglądając dokładnie platformę wieży, widzę pewien problem. Po pierwsze przy samej „podłodze” nie jest niczym zabezpieczona, aż do wysokości kolan, po drugie, wcale nie jest taka obszerna. Zastanawiam się teraz, czy aby przypadkiem w nocy nie mam tendencji do przemieszczania się z boku na bok. Pod samą wieżą widzę palenisko i ślady świadczące o tym, że chyba nie ja pierwszy wpadłem na pomysł spędzenia tu nocy. Niemniej jednak, nie wyobrażam sobie tu spania kilku osób. Wg mnie jest za spore ryzyko wypadnięcia za burtę. Jestem sam, a mimo to, rozsądek kieruje mnie do podstawy wieży. Tymczasem jest jeszcze sporo czasu, więc na krótko idę na Wielkiego Rogacza, po czym wracam i w końcu robię trochę zdjęć. Tatry są niemal zupełnie niewidoczne. Całkiem nieźle prezentują się Pieniny. Jednak pejzaż ogólnie jest jakiś taki senny, zamglony. Czerwiec, to raczej nie jest najlepszy miesiąc na „zdjęcia dalekiego zasięgu”. Tuż przed zachodem, na Radziejowej pojawiają się goście na motocrossach. Nie licząc ich, nikogo nie spotykam od momentu, kiedy Bartek poszedł w swoją stronę. Zatem nocka na betonowej podstawie wieży. Noc mija spokojnie, budzę się może 3-4 razy. Zupełna niemal cisza, jest bezwietrzenie, ale to też dzięki temu, że otacza mnie las, na samej górze, pewnie byłoby już trochę inaczej. Niebo zachmurzone, szkoda, bo jest pełnia. Rano budzę się i widzę przebijające między drzewami światło wschodzącego słońca, zatem do góry. Jednak wchodzenie po schodkach, które przez swój kąt nachylenia zdecydowanie bardziej przypominają drabinę – z aparatem w jednej ręce i monopodem w drugiej – nie jest najlepszym pomysłem. Na dodatek na górze okazuje się, że widoczność jest znacznie gorsza niż wieczorem, schodzę więc, bardziej martwiąc się samym zejściem w takim uzbrojeniu, niż tym, że nie zrobiłem żadnego zdjęcia. Na dole śniadanie, pakowanie i z powrotem na Przehybę. Tym razem zamawiam podwójną jajecznicę i standardowo podwójne piwo😉. Zaczynam schodzić zielonym szlakiem w kierunku Szczawnicy, na początku dzieli on tę samą drogę z niebieskim, którym wchodziłem, jednak wkrótce odbija w lewo. No i zmienia się charatker ścieżki. Teraz jest bardzo wąska i miejscami tak zarośnięta, że ledwo widoczna. Ale za to ciekawa. To co widać między drzewami też jest interesujące widokowo. Lubię takie szlaki, schodząc myślę sobie, że mógłbym się teraz z kimś założyć, że nikogo na tym szlaku dziś nie spotkam, ale od razu druga myśl, że nie zdziwiłbym się, gdyby ten szlak nagle znikł. Dochodzę do miejsca, w którym szlak przecina wyraźną drogę. Za tą drogą nie widać ścieżki, ale też nie ma żadnych znaków, świadczących o tym, ża trzeba iść nią w lewo lub w prawo. Na mapie wyraźnie widać, że szlak ma przeciąć drogę, wbijam się zatem w krzaki, niemiłosiernie się przy tym biczując po całym ciele wszystkim, co rośnie dookoła. Za tym całym „żywopłotem” nie ma nic prócz niekończącej się dżungli😉, żadnej ścieżki, żadnych widocznych znaków. Pewnie gdzieś są, ale kto i jak dawno tędy szedł? Dziwne – myślę sobie – przecież to szlak do Szczawnicy. Wycofuję się i trochę zniecierpliwiony, odczuwający skutki bliskiego spotkania z pokrzywani i czym tam jeszcze, postanawiam schodzić drogą w dół, wg mapy ma ona doprowadzić do jeszcze wyraźniejszej (jak się okazuje utwardzonej i bardzo monotonnej) drogi do Szlachtowej. I tak też się dzieje z tym, że jednak jest to dłuższa wycieczka niż planowane zejście do Szczawnicy. Zakład bym wygrał – nie spotkałem nikogo, szlak też się nagle urwał. Ze Szlachtowej do Szczawnicy, a tam już na autobus do Krakowa. I to by było na tyle🙂

Obrazki z Radziejowej

Pora zacząć się pakować

Gdzieś między Radziejową, a Przehybą

5 thoughts on “Radziejowa

  1. hm….a ja właśnie czytam Twoją relację i się zastanawiam?chyba jesteś dla mnie najbardziej odpowiednim partnerem na dwudniowe wypady, gdyby jeszcze noga nie szwankowała( tzn wróciła do normalności) mam czas praktycznie od środy do soboty w nocy( po drodze otwarcie wystawy pokonkursowej w Nowym Targu) i kombinuję gdzie by tu skoczyć na plenerek.Moje myśli krążą wokół Pienin,Zalewu Czortyńskiego i ..Gęsiej Szyi.Na ten moment nie mam tele( nie licząc stałki 135 mm ) i skłaniam się do noclegu na Gęsiej Szyi . Ale mam te same przemyslenia co Ty odnośnie widoczności i przejrzystości czerwcowego powietrza.We łbie mam jeszcze jeden plan ale z tą moją nogą!!!!!!!!!!!!!!!.Dawno nie byłem na Świstowej Czubie i nie oglądałem 5-tki w zachodzącym słońcu.Reasumując siano w głowie i zamęt.
    pozdrawiam
    Foka

  2. Burze akurat mogą okazać się w pewnym sensie lekarstwem na tą słabą widoczność. Po nich się poprawia. Jeśli miałbym wyskoczyć w takich warunkach na plener, przy okazji otwarcia wystawy w Nowym Targu, to bym zrobił tak: odpuściłbym sobie noclegi w górach i zameldował choćby w Bukowinie. Poruszałbym się samochodem gdzieś na linii Bukowina – Brzegi – Jurgów – Łapszanka z nadzieją na jakąś okazję, światło – po lub przed burzą (o ile rzeczywiście będzie taka pogoda). Pewnie do tego trzeba cierpliwości, ale po pierwsze nie zmokniesz, po drugie – stąd jest już znacznie mniejszy dystans i ta ewentualna gorsza przejrzystość aż tak bardzo nie doskwiera, no i po trzecie – 135 mm z pewnością Ci wystarczy. Ja niestety obecnie nie będę mógł wyjechać ze względu na zdjęcia w Warszawie.

SKOMENTUJ

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s